Łączy je wolny duch, czyli zestawienie „Godless” i „Betty”
Zuzanna Góral
Poznajcie dwie krótkie, ale idealnie wykrojone opowieści o tym, że pójście własną drogą popłaca.

Zacznijmy od netflixowego „Godless”. Nie będę ukrywać, że serial ten ma już cztery lata, ani tego, że wpadł w moje ręce po przeszukaniu dorobku Michelle Dockery. Klimat westernu nie wszystkich mógłby zadowolić, ale tutaj jest to tylko dodatek do historii miasteczka, w którym omawia się feminizm, wiarę, najsilniejsze emocje i orientację seksualną z perspektywy czasów Dzikiego Zachodu. I nie, te tematy wcale nie ciążą przy oglądaniu. Dalej jest to pozycja zdecydowanie dla tych cierpliwych. Cała akcja rozgrywa się w doskonale napisanych dialogach i klimatycznych, ale długich scenach, co składa się na budującą, wyczerpaną do każdej minuty atmosferę dobrze rozegranego dramatu. Sam reżyser, Scott Frank, zbudował produkcję wychodzącą poza miary klasycznego tasiemca, w której każdy odcinek trwa po czterdzieści minut. Tu, jeśli jest taka potrzeba, poświęcimy całe siedemdziesiąt minut, a na kolejny raz wystarczy ledwo pięćdziesiąt. Dalej pozostaje Wam samym rozstrzygnąć, czy specyficzny akcent, utarty schemat syn – główny bohater i ojciec – antybohater oraz strzelanina w południe to kolejne wartości dodane?

Z dalekiego zachodu przenieśmy się do jeszcze dzikszego współczesnego Nowego Jorku. Produkcję o wdzięcznym tytule „Betty” obejrzycie na HBO. Zaczęło się od jazdy metrem, gdzie Crystal Moselle (reżyseria) wpadła na grupę dziewczyn z deskorolkami w ręku. To nie pierwszy raz kiedy p. Moselle chwyta za tematykę nastolatek zagubionych w poznawaniu świata. Ale chwila, przecież po to błądzimy (tu pędząc na desce w pięcioosobowej grupie dziewczyn), żeby wejść w dorosłość. Zabrzmiało jak kolejna przewidywalna, niemal infantylna historia? Nic bardziej mylnego. W dobie mody na skaterów i tęsknotą za wolnym szlajaniem się ze znajomymi nic nie zachęci nas bardziej, niż świat ujęty (jak do tej pory, bo sezon drugi jest w planach) w sześciu krótkich odcinkach przepełnionych płynnymi ujęciami ulic wyzwalających widza z poczucia zamknięcia. Przyznaję bez bicia, ten serial ogląda się dla filmowych zdjęć, które pozwoliły mi choć na chwilę uciec z tych samych czterech ścian, którego trzymają mnie od roku.
