W Ogólności

Gazetka Uczniów III Liceum Ogólnokształcącego im. Marynarki Wojennej w Gdyni

RóżneWywiady

Co powie polonistka? – rozmowa z Panią Magdaleną Lotterhoff

Jakub Bronowski

Pomimo że pandemia jest w „odwrocie”, to rozmawiałem zdalnie z Panią Profesor Magdaleną Lotterhoff, nauczycielką języka polskiego. Ale mam ku temu powód. Ferie zimowe to czas wyjazdów i rekreacji, ale również dobra pora na rozmowy. A że z Panią Profesor rozmawiać można długimi godzinami, więc był to najlepszy czas. Zebrało się materiału na dwa artykuły, dłuższe niż ostatnio. Dzisiaj przeczytacie o tym, co jest lepsze, co ulubione, co dobre i co było w przeszłości. Rozsiądźcie się wygodnie i miłej lektury!

Jak spędziła Pani ferie? Czy przeszkadzał Pani brak śniegu?

Zanim zaczniemy, wyznam Panu, że czuję się dość specyficznie, bo zazwyczaj to ja zadaję uczniom pytania, a nie na odwrót. Ale damy radę! Odpowiadając na pytanie, mnie problem braku śniegu nie dotyczy, nie jeżdżę na nartach. Natomiast pogoda już mnie dotyczy, nieprzyjemnie zwiedza się, gdy mocno wieje i pada. Mimo to swój wyjazd zimowy uważam za udany.

W trakcie podróży sięgnęła Pani po książkę czy obejrzała Pani film?

Książkę, akurat padło na felietony Szczepana Twardocha oraz „Golema” Macieja Płazy.

Jest Pani zwolenniczką dzieła filmowego czy dzieła pisanego?

Jednego i drugiego. Myślę, że te dwie dziedziny sztuki w ogóle ze sobą nie rywalizują. Są innym sposobem opowiadania o świecie, moim zdaniem, równie cennym. Wybór chyba zależy od tego, na co ma się ochotę. Obydwie formy bardzo sobie cenię, zarówno filmy oparte na oryginalnych scenariuszach, jak i adaptacje. W moim przekonaniu w żaden sposób nie rywalizują one z literaturą, a tylko opowiadają w trochę inny sposób. Takie adaptacje są wtedy najcenniejsze. Oczywiście są takie, które starają się trzymać litery tekstu, one są nudne i moim zdaniem bez sensu. Dużo jest za to takich, które nieco inaczej opowiadają całą historię. Chociażby „Lot nad kukułczym gniazdem” – dwa rodzaje opowieści dotyczące tego samego tematu, ale przedstawione w zupełnie inny sposób. Analogicznie „Jądro ciemności” i „Czas apokalipsy”. Także w moim przekonaniu obraz nie rywalizuje z tekstem.

Czy podobnie jest w kwestii autorów? Czy ma Pani może ulubionego zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie?

To zależy od czasu. Akurat teraz rozczytuję się we wspomnianym już Szczepanie Twardochu, chociaż zdecydowanie bardziej cenię sobie jego prozę niż felietony. Pochłaniam wszystko, co wyszło spod jego pióra, oczywiście mam swoje ulubione tytuły: „Drach”, „Król”, „Pokora”. Może Państwo czytają? Jest on dość popularny. Dalej, bardzo sobie cenię Wiesława Myśliwskiego, choć jest to wymagająca literatura z wielu względów. Raczej nie pisze on krótkich książek, mają po 600 – 700 stron i przyznam się, że zaczyna mi się je dobrze czytać tak mniej więcej po dwusetnej stronie. I mój ulubieniec, Witold Gombrowicz – ten na pewno jest Państwu znany.

A z tych nielubianych? Uczniowie, którzy mieli z Panią zajęcia, wiedzą, że jest to Henryk Sienkiewicz, ale czy jest ktoś jeszcze?

Henryk Sienkiewicz, zdecydowanie… Nie lubię też Orzeszkowej, moim zdaniem bardzo mocno się zdezaktualizowała. Jej twórczość była ważna, ale czy teraz jest? Nie powinno się nią obciążać uczniów. Pewnie też wiecie Państwo, że nie lubię „Kamieni na szaniec”, znów podobna argumentacja. Dodatkowo książka trąci schematycznością i niedoskonałościami warsztatowymi.

Zarzuca się jej też treści propagandowe.

Tu bym się nie zgodziła. Historia, jak również literatura czy w ogóle nauki humanistyczne, zawsze są opowiadane z czyjejś perspektywy, więc zarówno historia, jak i literatura są kwestią wyboru tzn. poznajemy literaturę wybraną przez kogoś (mówię o kwestiach szkolnych), historię też. Przedstawiane są wydarzenia historyczne wybrane przez kogoś i opowiedziane z czyjejś perspektywy. Czytuję też książki historyczne, historie w nich zapisane są opowiedziane z czyjejś perspektywy, ale będącej inną, niż ta znana powszechnie. Ostatnio czytałam „Jedwabne szlaki” Petera Frankopana o historii Bliskiego Wschodu, ale opowiedzianej z perspektywy Bliskiego Wschodu właśnie, a nie z perspektywy eurocentrycznej. Albo „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego – historia z perspektywy chłopów i społeczności będących nie podmiotem, lecz przedmiotem kultury. Ciekawa interpretacja historii, bo znane nam ważne wydarzenia z perspektywy społeczności nieuprzywilejowanych są trzeciorzędne. Z literaturą jest tak samo. Czytamy to, co ktoś kiedyś uznał za wartościowe, wpisał do kanonu, nieważne czy szkolnego, czy jakiegoś tam kanonu książek, które powinno się przeczytać. Tak właśnie poznajemy literaturę, z czyjejś perspektywy.

Gdyby miała Pani ułożyć swoją listę lektur, którymi powinno się kiedyś zainteresować, to co by w niej dominowało: opis jakiejś sytuacji z perspektywy konkretnej osoby, konkretnego narratora czy raczej relacja faktograficzna?

W literaturze zdecydowanie musi opowiadać człowiek, bo to jest to co w niej najistotniejsze. Chodzi o zetknięcie się z drugim, autonomicznym ja. Mam problem z Pańskim pytaniem, bo strasznie nie lubię kanonów. Ale gdyby coś polecać to głównie książki poruszające temat niejednoznaczności człowieka w świecie. Dlatego tak nie lubię Sienkiewicza, bo u niego wszystko jest jednoznaczne i z góry określone: kto jest dobry, a kto zły, kto odważny, a kto tchórz, kogo nagrodzić, a kogo skarcić…. nie ma miejsca na wątpliwości.  Bohaterowie trzymają się swoich ram bardzo mocno, a jeśli dochodzi już do przemiany, to z jednej skrajności w drugą. Postępuje tak Kmicic. Jest to dla mnie absolutnie fałszywe. Natomiast bardzo cenię sobie literaturę pokazującą człowieka z różnych perspektyw, pokazuje tą jego daleko idącą niejednoznaczność.

Wychodzi na to, że dobra książka to ta skłaniająca do refleksji.

Literatura ma to do siebie, że musi zadawać pytania i to takie, na które nie znajdziemy odpowiedzi w Wikipedii, parafrazując Olgę Tokarczuk – bardzo się z nią zgadzam. Pytania muszą dotyczyć człowieka jako takiego i świata, w którym funkcjonuje. A jeżeli stawiamy sprawę jednoznacznie, to nie ma miejsca na pytania. Są tylko odpowiedzi.

Jeszcze chwilę zostaniemy w temacie książek. Czy kiedykolwiek miała Pani ten problem, że działa zupełnie jak jakiś bohater książkowy? Czy jest jakaś postać literacka, z którą się Pani utożsamia?

Wie Pan, bardzo bym chciała być Konradem, który w płomiennych przemowach walczy o nowy, lepszy świat. Ale nim nie jestem. Więc chyba osobą, która jest mi bliższa – przynajmniej w kwestiach zawodowych – jest Guślarz z drugiej części „Dziadów”. Powody są różne. Po pierwsze, otacza mnie rzeczywistość, którą można określić jako „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie”. Po drugie, powtarzam te same „rytualne słowa” co jakiś czas. I po trzecie, stykam się z ludźmi, którzy potrzebują więcej bądź mniej pomocy, ale również z tymi, którym pomóc się nie da. A koniec końców i tak jest ktoś, kto, pomimo użycia zaklęć, nie odzywa się ani słowem – tak jak Duch.

Nie ukrywam, że ja (i Czytelnicy pewnie również) jesteśmy zaskoczeni Pani odpowiedzią. Uważam, że nauczycielom bliżej do Ignacego Rzeckiego, który chętnie pomaga, dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem jednocześnie nie narzucając swojej opinii.

Widzi Pan, to ciekawa opinia. Rzecki jest ciekawym bohaterem, ale pod koniec „Lalki” wydaje się, że zmarnował swoje życie. Ale z drugiej strony „nie wszystek umrę”, coś po nim zostało.

Zawsze można postawić pomnik trwalszy niż ze spiżu. Sporo pisarzy zaczęło pisać w trakcie lub niedługo po studiach. A jak wyglądały Pani studia? Pisała Pani podczas studiów?

Zawsze cierpiałam na niedostatek wyobraźni (albo przynajmniej tak mi się wydawało), więc nigdy nie uważałam, że byłam w szkole poetów. Oczywiście mieliśmy specjalizację praktyczno-literacką, ale jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło. Studia wspominam różnie, to zależy od okresu. Początki… nie mam z nich specjalnych wspomnień. Te zaczęły się pojawiać, gdy trafiłam do seminarium magisterskiego u prof. Przylipiaka. Wtedy życie intelektualne nabrało rumieńców. Profesor wymagał olbrzymiej samodzielności, w zasadzie mało pomagał, dlatego też ostatnie dwa lata studiów to była intensywna praca badawcza. Bardzo mi się to podobało, zresztą właśnie wtedy narodził się pomysł, napisania doktoratu. Niestety nie udało się, proza życia. Co do pisania, bardzo to lubię. To fakt.

Proszę zdradzić czytelnikom, co najczęściej Pani pisze?

Nie są to imponujące rzeczy. Swojego czasu pisałam analizy filmów i to mi sprawiało wielką przyjemność. Jednak ostatnimi czasy piszę pisma użytkowe: petycje, listy, recenzje dokonań itd. Zdarza się, że piszę dwie wersje: oficjalną i dla kogoś. Niestety rzeczywistość sprawia, że nie są to wielkie teksty. Choć zdarza mi się pisać o tekstach kultury, z potrzeby samorealizacji.

Zastanawiała się Pani nad pisaniem dla kogoś jakichś recenzji, artykułów? Nasi nauczyciele od czasu do czasu publikują.

Szczerze mówiąc, nie. Ale to kusząca opcja.

Rozumiem. W takim razie proszę powiedzieć, czy z perspektywy ucznia nie-humanisty obowiązkowa matura z języka polskiego jest śmiesznie łatwa czy kosmicznie trudna?

Śmiesznie łatwa, zwłaszcza że obecni maturzyści nie muszą zdawać egzaminu ustnego.

Czy część ustna była dużo trudniejsza?

Dostrzegam dwie strony. Ze względu na szeroki zakres materiału i kwestię losowania pytania część ustna jest trudna. Ale z drugiej strony o wiele częściej w Waszym przyszłym życiu będziecie musieli coś przestawić, zaprezentować swoją wizję przy użyciu wypowiedzi ustnej, a nie pisemnej. Więc pod tym względem część ustna była potrzebna – uczyła retoryki, przemawiania, a nawet emisji głosu, bo to też istotne w komunikacji.

Zapewne podobnie uważają starsi studenci polonistyki. Proszę powiedzieć, dlaczego wybrała Pani filologię polską jako swój kierunek studiów?

Początek tej historii jest bardzo odległy. Tak się złożyło, że wysłano mnie do pierwszej klasy rok wcześniej, żebym była w jednej klasie ze starszym właśnie o rok bratem. Siłą rzeczy był ode mnie we wszystkim lepszy, co strasznie mnie irytowało. I było tak aż do siódmej czy ósmej klasy, wtedy nauczycielka powiedziała mi, że ja to jednak jestem lepsza od mojego brata z języka polskiego. Nie wyobrażają sobie Państwo, jaka to była ulga w moim życiu. W czymś wreszcie jestem lepsza. I tak jak Józio u Młodziaków wpadłam w formę, zresztą bardzo wygodną dla mnie. Ogłosiłam się humanistką, przestałam uczyć się matematyki (chociaż całkiem dobrze sobie z nią radziłam) i poszłam całą sobą w stronę humanistyki. Całe liceum koncentrowałam się na literaturze i historii, którą bardzo lubię. Zapewne pomogło też to, że moja mama była polonistką, co chwilę podsuwała mi książki. Od tego się zaczęło. Później na zasadzie kuli śnieżnej się to potoczyło i trwało aż do studiów.

Nawet na moment nie zwątpiła Pani, że język polski to Pani powołanie?

Wątpiłam wielokrotnie. Rozważałam jeszcze germanistykę, bo lubię też język niemiecki. Na studiach też zdarzało się powątpiewać, jednakże były to na tyle słabe rozterki, że nie zaważyły one na moich wyborach.

Czytając zapis naszej rozmowy można dojść do wniosku, że rzeczami, bez których nie mogłaby się Pani obejść są niewątpliwe pytania. A z rzeczy namacalnych?

Okazuje się, że rzeczy, bez których nie mogę się obejść (albo tak mi się wydaje) jest całe mnóstwo, bo człowiek obrósł rzeczy i przyzwyczajenia. I cały czas ta warstwa staje się grubsza. Szczepan Twardoch pisze, że żyjemy w świecie cyklicznym, mamy swoje rytuały. I celebrujemy tę naszą cykliczną codzienność. Mój zestaw to poranna kawa, kosmetyki określonej marki, lampka wina w piątek wieczór, nie wspominając już o papierosach. Ale gdyby spojrzeć na mój obraz z boku to nietrudno stwierdzić, że nie mogę obejść się bez zwierząt (mam 3 w domu), kwiatów i książek oczywiście. Nie mam na myśli tylko czytania, ale ich fizyczną obecność. Myślę, że to przez ojca, który nie lubił czytać książek wypożyczonych. A że lubił czytać, to kupował i zapełniał półki. Ja poszłam w ślad za ojcem. Tak sobie myślę, że z tego wyłania się taki obraz drobnomieszczański tzn. regał z książkami, kwiatek i do tego wszystkiego piesek. Najwyraźniej jestem drobnomieszczańska (śmiech).

Może to utarty schemat?

Możliwe. W każdym razie nie jestem pod tym względem oryginalna.

Nie zawsze jest taka potrzeba.

Zgadzam się z Panem.

Czy uważa Pani, że dysponuje Pani większą czy mniejszą ilością wolego czasu niż Pani uczniowie?

Przyznam szczerze – nie wiem. Są uczniowie, którzy dają sobie dużo wolnego czasu, a inni wręcz przeciwnie i to widać. Nie tylko na zajęciach z języka polskiego. Wiem za to, jak wygląda to w moim przypadku. Samo sprawdzanie prac zajmuje strasznie dużo czasu, a muszę zmieścić się w dwóch tygodniach – jest to zapisane w Statucie, a ja traktuję to poważnie. I oczywiście poza pracą istnieją obowiązki dorosłego życia… nie podjęłabym się licytowania, kto ma więcej wolnego czasu.

Rozumiem. A jeżeli znajdzie Pani chwilę dla siebie, to w jaki sposób ją Pani zagospodarowuje?

To zależy, ile go jest. Jeśli to wieczór, lubię obejrzeć dobry film, przeczytać książkę, wyjść na dłuższy niż zazwyczaj spacer z psem. A jeśli są to ferie albo wakacje to mam głęboką potrzebę, żeby gdzieś wyjechać. Oczywiście nie są to takie wyjazdy jak Pana prof. Urgacza – nie mam aż takiej odwagi i doświadczenia jak Pan profesor. Ale zmienić miejsce bardzo lubię.

Udaje się Pani w kierunki cieplejsze czy chłodniejsze?

Zdecydowanie cieplejsze! Nie lubię naszego klimatu, zwłaszcza listopad, grudzień, styczeń, luty… to taki czas na przeczekanie.

Woli Pani trójkąt: plaża, basen, morze czy raczej aktywny wypoczynek? A może muzea?

Ojejku, najchętniej jedno i drugie. Żeby można było zobaczyć coś ciekawego i również odpocząć.

Cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *